Duet doskonały || Bahama Mama i Mary-Lou Manizer

W ankiecie przeprowadzonej ostatnio przeze mnie na Instagramie zadecydowałyście, że w kolejnym poście mam poruszyć temat dwóch kultowych produktów od The Balm: bronzera Bahama Mama i rozświetlacza Mary-Lou Manizer. Chyba nie ma kosmetykomaniaczki, która nie słyszałaby o tych pudrach, ale skoro wyraziłyście chęć, to nie pozostaje mi nic innego, jak dostarczyć Wam tego, o co prosicie (i zrobię to z przyjemnością!).

„And I’m sure you will adore Bahama Mama…”

Kołysząc się przy dźwiękach szlagieru Boney M, zacznę od bronzera, który wpadł w moje ręce jako pierwszy (jako prezent urodzinowy od siostry). Nie jestem pewna, czy sama bym go kupiła – dotychczas nie zwracałam uwagi na kosmetyki ocieplające cerę – jednak bardzo cieszę się, że miałam okazję go wypróbować.

bahama mama hakuro h55
Bahama Mama najlepiej aplikuje mi się pędzlem Hakuro H55

Puder brązujący Bahama Mama opakowany jest w lekkie, ale solidne kartonowe pudełeczko zamykane na magnes i wyposażone w małe, acz porządne lusterko. Nie należy obawiać się zabierania go ze sobą w podróż – niewielkie rozmiary opakowania i magnetyczne zamknięcie to gwarancja wygody w transporcie i braku przykrych niespodzianek po otwarciu kosmetyczki. Lusterko wpuszczone w klapkę to dobry gadżet w awaryjnych sytuacjach, ale zdecydowanie nie sprawdzi się do codziennego makijażu, bo jest do tego po prostu za małe. To niepozorne pudełeczko mieści w sobie aż 7,08 grama produktu! Jest to wynik zaskakująco dobry. Dla porównania, popularne wkłady z Inglota ważą zaledwie 5,5 grama. W drogeriach internetowych puder od The Balm kupicie za około 60 złotych.

Jak się spisuje?

Sam puder jest mocno sprasowany i nie pyli się mocno przy nabieraniu go na pędzel. Swatchowany na dłoni nie popisuje się mocną pigmentacją, co może być zaletą dla osób o cięższej ręce. Chociaż w opakowaniu wygląda na w miarę neutralny, na skórze wybijają się przede wszystkim ciepłe tony. Raz nawet pokusiłam się o wykonturowanie nim twarzy przy pomocy pędzla syntetycznego Hakuro H24, ale w efekcie uzyskałam nieestetyczne plamy w brązowo-rudym odcieniu, które musiałam rozetrzeć pudrem Glam Powder.

Świetnie za to sprawdza się jako „ocieplacz” (a wg polskiego opisu na kartoniku – „samoopalacz”), nadając cerze zdrowy wygląd bez efektu sztuczności i marchewkowej opalenizny. Aplikowany dużym syntetycznym pędzlem do pudru Hakuro H55 nie zostawia plam i dobrze zgrywa się z pudrem i podkładem (do tej pory testowany z Maybelline Fix Me! lub Revlon Colorstay i pudrem Glam Powder). Jeśli jesteście fankami szybkiego make-up no make-up, to polecam rozblendować go na przypudrowanej powiece w jej zewnętrznym kąciku i załamaniu. Makijaż wygląda świeżo, a Wy nie napracujecie się za dużo.

Bahama Mama da się lubić

Puder brązujący Bahama Mama to produkt, którego nie trzeba nikomu przedstawiać – i słusznie. Jest prosty w obsłudze, a jego opakowanie jest, nie dość, że poręczne, to jeszcze piękne i dobrze wykonane. Jeśli nigdy nie miałyście z nim do czynienia, gorąco polecam, abyście nadrobiły zaległości!

 

Mary-Lou aka The Manizer

Mój kolejny nowy nabytek od The Balm to Mary-Lou Manizer, czyli jeden z najpopularniejszych rozświetlaczy na świecie, którego sławę można chyba wytłumaczyć jego uniwersalnością. Zamknięta w solidnym plastikowym opakowaniu Mary-Lou cieszy oko szampańską poświatą, bliższą do efektu tafli niż skóry nakrapianej brokatem. To co uzyskujemy dzięki niej na twarzy to tzw. dewy-look, czyli efekt zdrowej, wilgotnej (ale nie spoconej) skóry, który jest szczególnie pożądany jesienią i zimą, kiedy mocno kryjące podkłady i niekorzystne warunki atmosferyczne wysuszają naszą cerę.

Mary-Lou robi to dobrze

Przy użyciu rozświetlacza Mary-Lou Manizer musiałybyśmy się mocno postarać, żeby wyglądać jak kula dyskotekowa. Ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę, dlatego nadaje się do wykonywania szybkiego codziennego makijażu. Oczyma wyobraźni widzę go też w wieczorowym makijażu glamour, gdzie świetnie będzie akompaniować czerwonym ustom lub mocnemu smoky-eye.

Odkąd dostałam ten produkt (również na urodziny, tym razem od chłopaka, któremu w wyborze prezentu niewątpliwie pomagała moja siostra), używam go codziennie. Poza standardowym rozświetleniem kości jarzmowych, często ląduje też na moim nosie, brodzie, łuku kupidyna, czole i w wewnętrznych kącikach oczu (czyli prawie na całej twarzy). Bardzo się z nim polubiłam i ciężko jest mi odmówić sobie tej małej przyjemności.

Pudełeczko, powiedz przecie

W plastikowym opakowaniu, poza rozświetlaczem o masie 8,5 grama, znajdziemy też lusterko i tym razem takie, przy którym da radę wykonać podstawowy makijaż bez większych trudności. Co mnie negatywnie zaskoczyło, to fakt, że wkład z pudrem jest przymocowany do dna pudełka „na słowo honoru”. Trzyma się na plamie kleju umieszczonej po środku, przez co cały wkład porusza się o parę stopni wokół własnej osi i delikatnie chybocze. Muszę być ostrożna, bo jako naczelna pierdoła mogę szybko stracić to moje cudeńko.

Mary-Lou Manizer i pędzel, którym ją aplikuję – Glam Brush T107
Podsumowując

Chyba się powtarzam, ale musicie mi wybaczyć. Polecam rozświetlacz Mary-Lou Manizer każdej dziewczynie o europejskim typie urody (jeśli masz ciemną karnację, zapoznaj się z pozostałymi The Manizer Sisters –  Cindy i Betty), której zależy na niezawodnym kosmetyku za nie najwyższą cenę. Podobnie jak Bahama Mama, Mary-Lou Manizer kosztuje w drogeriach internetowych około 60 złotych. Jeśli jednak jest to cena przekraczająca Wasz budżet, znam pewien godny uwagi zamiennik tego produktu, o którym napiszę wkrótce.

makeup the balm mary lou bahama mama
Mój dzienny makijaż wykonany przy pomocy obu produktów The Balm

I jak, skusicie się na zakup którejś z tych perełek? A może już je macie i chcecie podzielić się z resztą Czytelniczek Waszymi wrażeniami? Jak zawsze z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze.

A jeśli jeszcze nie śledzicie mnie na Instagramie, zapraszam do nadrobienia zaległości.

Dobrego tygodnia!