Nic mi się nie chce || Jak pokonać lenistwo?

Znacie ten stan, kiedy z jednej strony tak wiele rzeczy chcielibyście zrobić, a z drugiej odciąga Was od tego pierwsza lepsza głupota, taka jak serial czy przeglądanie Facebooka? Ja zmagam się z taką bezsilnością już od jakiegoś czasu, ale postanowiłam, że pora z tym raz na zawsze skończyć.

Długo bagatelizowałam swoją bezsilność, odkładanie wszystkiego na później i niewykorzystywanie swojego potencjału, zrzucając to na lenistwo. Jestem leniwa, więc nic nie muszę robić, a z lenistwem przecież nie wygram. Nie ma co się łudzić i walczyć z wiatrakami. Po głębszym namyśle doszłam do wniosku, że powodu trzeba szukać głębiej. Nie można zwalać wszystkiego na jedną cechę charakteru, której posiadanie deklarują przecież wszyscy dookoła, ale mimo tego potrafią coś ze swoim życiem zrobić. Jak to się stało, że z ambitnej dziewczyny stałam się smętnym nierobem, który zamiast wziąć sprawy w swoje ręce, woli (?) spędzić cały dzień na przemian na Facebooku i YouTubie?

Mój kryzys zaczął się ponad rok temu, od przepracowania. Studia, praca na pełen etat, związek na odległość, jako takie życie towarzyskie, siłownia – zobowiązań coraz więcej, a doba się nie wydłużała. Chroniczne zmęczenie i niewyspanie wytworzyły permanentną potrzebę odpoczywania i na ratunek przyszedł internet (który, jak wiemy, wcale tak mocno nie odpręża). W pewnym momencie odpuściłam dotychczasową pracę i siłownię, ale nawyki pozostały. Bałagan w pokoju, bo przecież do tej pory nie miałam czasu sprzątać, a i nie spędzałam w nim tak dużo czasu, żeby przywiązywać do tego większą wagę. Kompulsywne oglądanie filmików na YouTube, bo przecież do tej pory świetnie zastępowało mi to kontakt z żywym człowiekiem. Jedzenie czegokolwiek, bo przecież do tej pory nie miałam czasu gotować, robić zakupów i jakoś żyłam.

Minęło już dużo czasu, podczas którego próbowałam różnych metod mających wyciągnąć mnie z dołka. Oto kilka błędów, które popełniłam, wdrażając je, i przed którymi Was przestrzegam:

 

Narzucanie sobie zbyt wielu zmian na raz

Zacznę ćwiczyć, będę piła więcej wody, codziennie będę sprzątać w pokoju, będę się regularnie uczyć, przejdę na zdrową dietę, 3 razy w tygodniu nałożę na twarz maseczkę, raz w tygodniu wykonam peeling, regularnie będę wykonywać depilację woskiem i w ogóle od jutra zaczynam być idealna. Mówcie co chcecie, ja wiem, że tak się nie da! Może przez dzień lub dwa będziecie się czuły jak panie swojego życia, ale szybko cała ta para z Was ujdzie i powstanie zjawisko słomianego ognia – nagły zryw i mobilizacja okaże się krótkotrwała, a Wy znów pogrążycie się w marazmie. Lepszym rozwiązaniem jest stopniowe wprowadzanie nowych zasad, przyzwyczajanie się do nich i sięganie po następne dopiero w momencie, gdy poprzednie wejdą nam w nawyk.

 

Planowanie dużo za dużo

Jestem w pewnym stopniu control-freakiem, lubię mieć wszystko zaplanowane, zapisane w kalendarzu i bardzo irytuje mnie, gdy coś pójdzie nie po mojej myśli. Zgubnym okazało się jednak planowanie zbyt dużo i zbyt szczegółowo. Kiedy np. założymy sobie, że będziemy ćwiczyć według schematu 3 dni ćwiczeń, 1 dzień przerwy i rozpiszemy to sobie w kalendarzu na miesiąc do przodu, mamy poczucie kontroli nad własnym życiem. Wszystko, niestety, rozsypuje się, kiedy z dowolnych przyczyn jeden dzień ćwiczeniowy nam „wypadnie” – przecież nie wszystko da się zaplanować. Co wtedy? Robimy bałagan na kolejnych 25 kartkach kalendarza? Ignorujemy skrupulatne zapiski i lecimy dalej? Jeśli tak postąpicie, to chwała Wam za to. Ja najprawdopodobniej w ogóle sobie odpuszczę, zawiedziona i zrezygnowana. Przecież mój plan właśnie spalił na panewce. Dla mnie dużo lepszym rozwiązaniem jest planowanie zadań maksymalnie kilka dni do przodu. Łatwiej jest wtedy przewidzieć, co się wydarzy kolejnego dnia, a nasz terminarz jest bardziej elastyczny i podatny na modyfikacje.

 

Tworzenie efektu kuli śniegowej

Jedna rzecz rzucona byle jak i byle gdzie nie robi dużej różnicy. Przecież jutro znów będę używać tego pudru, więc po co odkładać go na miejsce, a talerz umyję, jak znów będzie mi potrzebny. Z pozornie kontrolowanego bałaganu niezwykle szybko powstaje nieposkromiony chaos. Każdy głupi wie, że lepiej jest wszystko od razu odkładać na miejsce, żeby nie robić sobie kłopotu. Każdy też wie, że im większy bałagan zrobimy, tym mniej będzie nam się chciało go sprzątnąć. Korzystając z tych mądrości ludowych, postanawiamy nie robić nic. Może kiedyś bardziej nam się zachce, przyjdzie nam wena, ochota. Dzieło naszego lenistwa przygniata nas całym swym ciężarem. A wystarczyłoby nie zaczynać.

 

Każdy z wymienionych błędów prowadził do jednego – poddawałam się i wracałam do mojej milusiej strefy komfortu, gdzie nic nie musiałam. W końcu doszłam do wniosku, że strefa komfortu nie jest dla mnie wcale strefą bezpieczeństwa. Apatia i lenistwo stały się moją normalnością, a ja przecież nie chcę tak żyć. Chcę być silna, odważna, odnosić sukcesy, spełniać swoje marzenia. Nie słyszałam jeszcze o człowieku, który spełniałby się zawodowo czy prywatnie śpiąc do późna, leżąc pod kocem i oglądając seriale lub filmiki w internecie. Postanowiłam, że pora to zmienić i dlatego dzielę się tym z Wami – publiczna deklaracja wydaje się być bardziej wiążąca, niż próby wmawiania sobie, że „tym razem to już na pewno…”.

Jeśli macie za sobą podobne zmagania, podzielcie się w komentarzach, jakie środki zdały egzamin i pomogły Wam przezwyciężyć „lenia”. Myślę, że takie podpowiedzi przydadzą się nie tylko mnie, ale też wielu osobom odwiedzającym bloga. Ja tymczasem idę wziąć się w garść. Trzymajcie kciuki.