Odżywki Anwen || Perełki na półce włosomaniaczki

Włosomaniactwo pochłonęło mnie bez reszty. Rok spędzony na grupie Curly Girls Polska zaowocował szufladą wypchaną odżywkami i maskami, i zdecydowanie większą świadomością w pielęgnacji włosów. Mimo pokaźnych stanów magazynowych, na wieść o wypuszczonych przez Anwen odżywkach zaświeciły mi się oczy.

Ukochane proteiny

Moja pielęgnacja w dużej mierze składa się z protein, o czym zdążyłam już wspomnieć w poście z podstawami pielęgnacji kręconych włosówfilmiku u Zakręcovni, w którym zaprezentowałyśmy metodę stylizacji włosów o nazwie fitagem. Wiele osób obawia się tzw. przeproteinowania i pozwala sobie na wprowadzanie tych składników raz na kilka myć, natomiast w moim przypadku sprawdza się stosowanie ich jak najczęściej, ze sporadycznymi przerwami na mycie w pełni emolientowe.

Nikogo więc chyba nie zdziwi fakt, że wybierając odżywkę do testów, zdecydowałam się na wariant proteinowy ;-). W moim koszyku wylądowała Proteinowa zielona herbata – wegańska odżywka do włosów o średniej porowatości. Kosmetyk został zamknięty w pięknej tubce z minimalistycznym nadrukiem, dumnie prezentującej się na łazienkowej półce. Na jej odwrocie znajdziemy zapewnienie, że odżywka świetnie sprawdzi się w pielęgnacji włosów łamliwych i „smętnych” dzięki zawartości protein z zielonego groszku, warzyw i pszenicy – idealnie dopasowanych do potrzeb włosów średnioporowatych.

Warto przyjrzeć się składowi produktu. Po Anwen spodziewałam się, że będzie prosty i w miarę naturalny i… nie zawiodłam się!

Składniki: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, PPG-3 Benzyl Ether Myristate, Hydrolized Pea Protein, Hydrolized Vegetable Protein PG-Propyl Silanetriol, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Wheat Protein, Camellia Chinensis (Green Tea) Extract, Cetrimonium Chloride, Starch Hydroxypropyltrimonium Chloride, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Parfum, Limonene.

Odżywka jest mocno proteinowa. Na początku jej składu mamy alkohol tłuszczowy i substancję myjącą, co wskazuje, że mogłaby pełnić funkcję myjadła. Tak naprawdę jedynym składnikiem, do którego mogę się przyczepić, jest nieszczęsny fenoksyetanol, który, niestety, występuje w większości kosmetyków na rynku. Jest to konserwant powszechnie stosowany w przemyśle kosmetycznym jako alternatywa dla znienawidzonych parabenów. Co znamienne, jego stosowanie jest zabronione w Japonii, nie zaleca się go także dzieciom i kobietom w ciąży. Dla mnie to wystarczający argument za tym, aby nie stosować go w formulacjach kosmetyków – dla większości producentów niestety nie.

Kwestia wydajności

Opakowanie mieści 200 ml maski, co nie jest zawrotną ilością, szczególnie, jeśli macie dłuższe włosy. Ja, żeby włosy były dobrze odżywione i żebym mogła je bez problemu rozczesać grzebieniem, jednorazowo wyciskam z tubki ilość pokrywającą spód mojej dłoni (bez palców). Myślę, że odżywki wystarczy mi na jakieś 7-9 użyć, co nie jest fantastycznym wynikiem w przypadku produktu kosztującego 27 złotych.

Mimo tego, jestem skłonna wybaczyć jej tę cenę. Zawarte w odżywce proteiny świetnie podbijają skręt moich włosów, a emolienty nabłyszczają je. Niezależnie od padającego na nie światła, włosy lśnią jak w reklamach i bardzo mi się ten efekt podoba, szczególnie, że nie idzie za nim obciążenie i przyklap.

Dzięki uprzejmości Emilki z kanału Zakręcovnia miałam okazję wypróbować też innych odżywek i masek ze sklepu Anwen i mogę uczciwie stwierdzić, że każda z nich jest naprawdę dobrym produktem. Włosy po ich użyciu są miękkie, błyszczące i zdrowe. Rzeczywiście, ich ceny nie są nie wiadomo jak niskie, ale biorąc pod uwagę, że są to polskie produkty z naprawdę dobrymi składami, jestem w stanie zaakceptować to, ile trzeba za nie zapłacić. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat innych masek, odżywek i olejków do włosów od Anwen, zapraszam do obejrzenia filmiku u Zakręcovni, w którym opowiadamy o naszych doświadczeniach z tymi produktami.

Dajcie znać w komentarzach czy miałyście już okazję używać produktów od Anwen i co o nich myślicie :-).

Buziaki

Ada