Wakacyjny niezbędnik || Jak odgruzować się przed wakacjami?

Jak już kiedyś wyznałam w poście o moich urodowych grzeszkach, nie należę do osób, które mają silnie utarty schemat całorocznej pielęgnacji. Raz mi się chce, raz mi się nie chce… częściej mi się nie chce. Dzisiaj zdradzę Wam kilka sekretów efektywnego odgruzowania się przed wakacjami i pokażę Wam mój wakacyjny niezbędnik, czyli produkty, bez których to odgruzowanie się nie byłoby tak proste.

Pójdę boso!

Zacznę od partii naszego ciała, którą najczęściej pomijamy, czyli od stóp! Nie oszukujmy się, większość z nas traktuje stopy po macoszemu. Dobre osiem miesięcy w roku kisimy je w krytych butach, często dając im odpocząć dopiero w chwili, gdy same udajemy się na spoczynek. Pielęgnacja stóp sprowadza się do pomalowania raz w miesiącu paznokci (kiedy już ostatnie resztki lakieru zjedzą nam skarpetki) i okazjonalnego posmarowania ich kremem, którego na co dzień unikamy, bo wiąże się to z mało przyjemnym ślizganiem się w butach. Wszystko byłoby w porządku, gdyby była to kwestia wyłącznie estetyczna. Okazuje się jednak, że niewystarczająca dbałość o stopy może powodować wiele problemów natury medycznej, o czym napiszę w jednym z nadchodzących postów.

Spokojnie, sporą część efektów naszych złych nawyków możemy odwrócić! Moimi głównymi sprzymierzeńcami w walce o gładkie, miękkie i atrakcyjne stopy (pozdrawiam Emilkę, która pewnie na myśl o „atrakcyjnych stopach” dostaje nudności) są: tarka o dwóch stopniach gradacji, gruboziarnisty peeling do stóp i mocno nawilżający krem do stóp.

Pilnik do stóp z Rossmanna, krem do stóp No 36 i peeling do stóp z Yves Rocher

Na zdjęciu znajdują się produkty, których aktualnie używam, natomiast nie przywiązuję się do nich mocno i każdy z nich z powodzeniem możecie zamienić na to, co akurat macie pod ręką lub będzie w promocji w Waszej drogerii. W jaki sposób robię z nich użytek? To proste! Pilnika do stóp używam 2-3 razy w tygodniu, ścierając zgrubiały, zrogowaciały naskórek. Obszary, które, w moim przypadku, potrzebują więcej uwagi, to pięta, śródstopie i duży palec u nogi. Według pani podolog, z pomocy której skorzystałam będąc na Beauty Forum, skórę powinno się trzeć do momentu, gdy z żółtawej zacznie zmieniać barwę na różową, co u mnie zajmuje ok. 3 minut. Po starciu zgrubień obracam tarkę na mniej chropowatą stronę i poleruję stopy, by pozbyć się ewentualnych zadziorków. Uwaga! Tarki używamy na „brudne” stopy, nigdy nie ścieramy skóry po wyjściu z kąpieli!

Jak najczęściej, a co najmniej za każdym razem po „tarkowaniu” stóp, staram się używać na noc mocno nawilżającego kremu z mocznikiem. Nienawidzę wspomnianego wcześniej ślizgania się w butach, dlatego rano zmywam resztki kremu, aby temu zapobiec. Peeling stóp warto wykonywać przynajmniej raz w tygodniu. Dla mnie jest to połączenie przyjemnego z pożytecznym – usuwanie zgrubień i przyjemny masaż. Dodatkowo, odświeżająca lawenda zapobiega nieprzyjemnemu zapachowi. Jeśli Waszą zmorą są też zaniedbane paznokcie u stóp, polecam wmasowywanie w paznokcie i wał okołopaznokciowy olejów nierafinowanych (np. oliwa z oliwek, olej kokosowy) i rezygnację z nożyczek na rzecz pilników do paznokci. Et voila, stopy gotowe, by dumnie nosić te piękne sandałki.

Chcę oglądać Twoje nogi!

Idziemy trochę wyżej i zatrzymujemy się na nogach. Długie, krótkie, szczupłe, pulchne – nieważne, wszystkie tak samo potrzebują odrobiny czułości ze strony swoich właścicielek, aby móc prezentować się jak najlepiej. Wszystkie dobrze wiemy, jak uciążliwe jest pozbywanie się owłosienia z nóg. Ja sama nie rozumiem, czemu ewolucja się jeszcze za to nie wzięła. Niektóre z nas (w tym ja) mają w sobie coś z masochistki i lubią się boleśnie wydepilować, aby mieć spokój na trochę dłużej. Natomiast duża część kobiet woli częściej, ale za to bezboleśnie, usunąć włoski maszynką do golenia. Mnie też zdarza się golić nogi, szczególnie w sytuacjach awaryjnych, gdy na zabawę z depilatorem nie mam czasu. Ostatnio, w sumie przypadkiem, w moje ręce trafiły maszynki do golenia marki własnej Lidla i, cóż, zostały u mnie na dłużej! Cztery sztuki kosztują koło 7 złotych, a ich trzy ostrza zostawiają moją skórę dużo gładszą, niż Gillette Simply Venus 2, którym byłam wierna do tej pory.

Peeling cukrowo-ziołowy Vis Plantis i maszynka do golenia z Lidla

W celu ułatwienia maszynce dotarcia do każdego włoska, konieczne jest porządne złuszczenie naskórka. Do tego zadania idealnie nada się np. domowy peeling z kawy, natomiast wiem, że nie każdy lubi rozwiązania typu DIY i tu z pomocą przychodzi cudowny peeling cukrowo-solny z olejami z róży i bawełnianym marki Vis Plantis, w którym zakochałam się od pierwszego użycia. Ten produkt to świetny zdzierak o naturalnym różanym zapachu (spokojnie, są też inne wersje zapachowe), zostawiający skórę pokrytą delikatnym olejowym filmem, dającym uczucie miękkiej i nawilżonej skóry bez lepkości i śladów na ubraniach. Co daje peeling do ciała poza gładkimi nogami? Przede wszystkim zapobiega wrastaniu włosków pod skórą i ujędrnia nasze ciało, poprawiając krążenie. Powtarzam go ok. 2-3 razy w tygodniu, głównie ze względu na tendencję do wrastania włosków. Jeśli nie macie tego problemu, raz w tygodniu powinien wystarczyć, aby cieszyć się pięknymi nogami nie tylko w wakacje.

Słońce świeci nad nami!

I ogrzewa nasze nagie ciała promieniami… które, po przedawkowaniu, mogą przynieść tragiczne dla zdrowia skutki. Stąd mój wielki apel: używajcie kremów z filtrami! Ja wiem, że miło jest się trochę opalić, bo od razu człowiek zdrowiej i atrakcyjniej wygląda, a i nóżki wydają się być szczuplejsze. Musicie jednak pamiętać, że używanie kremów z filtrem nie wiąże się z wyglądaniem jak córka młynarza. Każdy krem z filtrem przepuszcza część promieni słonecznych do skóry. Dla przykładu: krem z SPF 50 przepuszcza ich średnio 1/50, co daje 2% z całości, natomiast SPF 30 daje nam ochronę przed 96,67% promieniowania. W związku z tym, nawet smarując się przez całe wakacje kremami o wysokim SPF, wciąż mamy szansę na opaleniznę, przy okazji chroniąc się przed szkodliwym działaniem promieni UVA i UVB na nasz organizm.

Ja, w celu ochrony przed zgubnymi skutkami opalania, zaopatrzyłam się w krem do twarzy z filtrem SPF 50 Iwostin Solecrin Purritin, który nadaje się do stosowania na cerze mieszanej i trądzikowej. Nie zapycha, nie powoduje dramatycznego świecenia (bo ogólnie powoduje, jak większość kremów z filtrem) i nie bieli twarzy. Na całe ciało stosuję balsam marki własnej Lidla z SPF 30. Pachnie jak typowy balsam do opalania, szybko się wchłania i nie brudzi ubrań, a przy tym nawilża skórę.

Balsam do opalania z Lidla i krem z filtrem Iwostin Solecrin Purritin

Pamiętajcie, że przedawkowanie słońca to nie tylko bolesne poparzenia (o czerniaku nie wspominając), ale także zniszczenie kolagenu, który w naszej skórze odpowiada za brak zmarszczek i zdolność do regeneracji po kolejnym wyciśniętym pryszczu. Nie dajcie się też nabrać na popularne mity dotyczące opalania: solarium NIE przygotuje Waszej skóry na wyjazd do ciepłych krajów, a tylko przyspieszy jej proces starzenia, a promienie słoneczne NIE wyleczą trądziku.

Dziewczyny lubią brąz!

Mimo dużej niechęci do opalania, lubię czasem nadać swojej skórze trochę wakacyjnych odcieni. Niestety, nie do końca lubię się z samoopalaczami. Nie chodzi nawet o ich przykry zapach, który mnie osobiście nie przeszkadza aż tak bardzo. Ja po prostu nie potrafię ich używać! Na szczęście i w tym przypadku umiem sobie poradzić. Pomaga mi w tym produkt, który poznałam przypadkiem – dwa lata temu w Super-Pharm dostałam przy kasie małą próbkę balsamu koloryzującego Soraya Ideal Beauty Body Make-Up (pierwszy i ostatni raz, kiedy cokolwiek dostałam tam gratis) i z dużą dozą nieufności postanowiłam go przetestować. Okazał się być strzałem w dziesiątkę!

Balsam koloryzujący Soraya Ideal Beauty Body Make-Up

Balsam od Sorayi łatwo się rozprowadza, nie tworząc na skórze nieatrakcyjnych smug. Kilka pierwszych użyć może być trochę bardziej kłopotliwych, ale to jak z nowym tuszem do rzęs – trzeba się go nauczyć i przyzwyczaić się do niego. Ten produkt nie daje niesamowitego krycia, nie zatuszuje wszystkich żyłek i przebarwień, natomiast ładnie ujednolica koloryt skóry, dając jej zdrowy wygląd. Uwielbiam go za jego satynowe wykończenie i nawilżające działanie. Najlepsze jest to, że dla osób z zewnątrz jest niewidoczny. Mój chłopak nie rozpoznał go na moich nogach, dopóki go przy nim nie użyłam.

Co ważne, w przypadku kosmetyków takich jak balsamy koloryzujące czy samoopalacze, niezbędne jest regularne złuszczanie i nawilżanie skóry, o którym już wcześniej wspominałam. Wykonując peeling, warto skupić się na strategicznych miejscach na ciele, takich jak kostki, kolana i łokcie. Są one często bardziej suche niż reszta naszej skóry i w momencie aplikowania tego typu kosmetyków, okazują się być najbardziej problematyczne. Jeśli nie chcesz mieć pomarańczowych kolan – chwyć za peeling!

 

Jestem ciekawa, co Wy dodałybyście do tego wakacyjnego niezbędnika i jakie jeszcze metody stosujecie, żeby być gotowymi na nadchodzący sezon. Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się swoimi przemyśleniami w komentarzach.

Buziaki,